„Ałuś"- jak nazywają go przyjaciele - żachnął się w pierwszej chwili, a później odparł: „Po powrocie z Aspen otrzymałem też kilka listów na ten temat. Gratulowano mi, ale byli i tacy, którzy twierdzili, że co innego Puchar Świata, a co innego olimpiada. Tych listów nie mogłem zostawić bez odpowiedzi. Nie można przecież stosować różnych kryteriów uczciwości w zależności od rangi imprezy! Nie wyobrażam sobie, by sportowca mógł cieszyć medal wywalczany w ten sposób, tak samo jak brydżysty nie może cieszyć zwycięstwo w grze znaczonymi kartami..."
Mijają lata, ale wspomnienia z tamtych dni nie tracą na wyrazistości. Nic dziwnego, bowiem rok 1968 można zaliczyć do najbardziej udanych. Debiut olimpijski. O tym marzył od wielu lat. Nie jechał na X Igrzyska Olimpijskie do Grenoble jako faworyt polskiej ekipy. Byli inni, o szansach których mówiło się głośno. On sam też nie liczył na rewelacyjne wyniki. Cieszył się samą możliwością uczestniczenia w olimpijskich zawodach. A poza tym pozna wreszcie ten nastrój, panujący podczas wielkiego święta sportowej młodzieży całego świata. Nastrój, o którym tak wiele słyszał od Staszka Marusarza czy Andrzeja Roja-Gąsienicy.
Grenoble. Wysoko w garach, na skoczniach, trasach biegowych i zjazdowych rozgrywały się fascynujące pojedynki olimpijskie. Niżej, prawdziwa parada gwiazd. Była znakomita aktorka Audrey Hepburn i cesarzowa Iranu Farah Diba. Normalnie ta alpejska miejscowość słynęła ze spokoju, ciszy i świetnych warunków dla wypoczynku. Na czas Igrzysk wszystko się tu zmieniło, powstały nocne kluby striptisowe, szeroko otworzyły podwoje restauracje. Wąskimi uliczkami przewalały się tłumy. „Ałuś" uciekał jednak od gwaru w zacisze alpejskich tras. Czasu miał sporo, bo wraz z polską ekipą
| |
|